Konferencje i sympozja, czyli nieumiarkowanie w jedzeniu, a i w piciu czasem też

Ostatnio często jeżdżę na  różne kilkudniowe konferencje, sympozja, czy seminaria. Abstrahując od merytorycznej zawartości takich spotkań, mają one wspólną cechę:  zawsze jest tam mnóstwo dobrego jedzenia. Począwszy od śniadań w formie szwedzkiego stołu, poprzez liczne przerwy na kawę z ciasteczkami, obfite, wielodaniowe obiady, aż do kolacji, wśród których jest zawsze tzw. uroczysta kolacja. Uroczysta kolacja wymaga uroczystego stroju, a menu jest wtedy jeszcze bardziej wyrafinowane i jeszcze bardziej obfite. Poniżej przykładowe menu z uroczystej kolacji, która miała miejsce 12 maja w Jachrance  :

menu- Jachrankamenu Jachranka 1

Sorbet malinowy muśnięty sosem Cointreau ( cokolwiek to znaczy🙂 ) :

lody-Jachranka

Przed Jachranką byłam w Ustroniu  :

uroczysta kolacja-Ustroń

Ostatnio (26-28 maja) bawiłam w Ślesinie gdzie też były przerwy na kawę i gdzie oprócz uroczystej kolacji był też „wieczór grillowy” :

przerwa na kawę (2)Ślesin-grill

Zresztą wszystkie wieczory na takich 3-4 dniowych spotkaniach są w jakiś sposób zagospodarowane, czyli bawimy się, jemy  i pijemy🙂.

Przez  takie wyjazdy moja waga nie spada w takim tempie, jak zakładałam. Powiem więcej: spada straszliwie wolno. Wiem, że mogłabym się powstrzymać od jedzenia tych wszystkich wspaniałości, ale to trudne, gdy wszyscy jedzą, a poza tym zwykle jest to dobre i w  domu tego nie mam🙂

Nie żałuję niczego,

co mi się w życiu przytrafiło. Nie będę tutaj snuć pseudo psychologicznych teorii , że wszystko, co nas spotyka jest po coś, czegoś nas uczy itp. Albo, że ciężka choroba coś nam daje dobrego i nas zmienia. Mnie rak nie zmienił, a dał mi też niewiele. Jedyną tak naprawdę korzyścią z choroby było to, że mogłam poznać wiele wspaniałych kobiet (amazonek) w różnym wieku.

Żal i rozpamiętywanie przeszłości nic nie daje, a powoduje tylko rozgoryczenie i złe emocje. Mogłabym na przykład żałować, ze nie mieszkam w domu z ogrodem, co miałoby miejsce, gdyby moje małżeństwo się nie rozpadło. Dom w budowie wyglądał tak:

dom w budowie (2)

Sporo było planowania, co gdzie ma być, jak go urządzić. I wszystko na nic. Dlatego też oprócz nieżałowania niczego, także niczego nie planuję. Żyje po prostu dniem dzisiejszym i :

wiek-zachowanieOraz robię to, na co mam ochotę :

Wielkanoc 2014

erko kartka - wielkanoc 2014.indd

Kasza jaglana, moja ukochana :)

I nie tylko moja, bo z kim nie zacznę rozmawiać, to zagadnięty o nią ( kaszę jaglaną znaczy) mówi, że też je. Wniosek z tego taki, że świadomość kulinarno-zdrowotna w społeczeństwie rośnie. O zaletach spożywania tytułowej kaszy można sporo poczytać w internecie, więc nie będę się tutaj nad nimi rozwodzić, za to podzielę się z Wami dwoma moimi ulubionymi dietetycznymi przepisami z jej udziałem. Oba przepisy pochodzą z blogu Sekrety Odchudzania.

Pierwszy z nich to przepis na placki z kaszą jaglaną i szpinakiem

Składniki:

1 szklanka ugotowanej kaszy jaglanej

1 opakowanie szpinaku mrożonego ( liście )

2 jajka, sól, pieprz, olej do smażenia

Wykonanie:

Zaczynam od rozmrożenia szpinaku. Kładę zamrożony szpinak na sitko na kilka godzin, a przed dodaniem do kaszy mocno go odciskam z wody. Kaszę jaglaną przed gotowaniem przepłukuję dokładnie na sitku pod bieżącą gorącą wodą, aby pozbawić ją goryczki. Szklankę kaszy zalewam dwiema szklanki wody, dodaję łyżeczkę masła i sól do smaku. Gotuję na wolnym ogniu do wchłonięcia wody ( około 15 minut). Do przestudzonej kaszy dodaję odciśnięty szpinak, 2 jajka, sól i pieprz do smaku, a następnie dokładnie wyrabiam ręką.  Ręką też formuję niewielkie placuszki , kładę je na rozgrzany olej, trochę rozpłaszczam łyżką i smażę do zrumienienia na rozgrzanym oleju (4-5 minut z każdej strony). Osączam z nadmiaru tłuszczu ręcznikami papierowymi i podaję z dowolną surówką. Placki dobre są tez na zimno. Z tej porcji powinno wyjść około 12 placków.

placki

Drugi przepis to zupa odkwaszająca organizm .

Składniki:

4-5 średniej wielkości marchewki
2 średniej wielkości pietruszki
kawałek selera
1/2 szklanki kaszy jaglanej
2 łyżki posiekanego koperku
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
1 łyżka masła 82% tłuszczu
sól i pieprz do smaku
liść laurowy, 1 ziarenko ziela angielskiego
2,5 litra wody

Wykonanie

Do garnka wlać wodę, dodać obrane i starte na tarce warzywa. Dodać  dokładnie przepłukaną wodą kaszę jaglaną Gotować około 40 minut. Pod koniec dodać posiekany koperek i natkę pietruszki. Doprawić solą i pieprzem Dodać łyżkę masła i dokładnie wymieszać.
Taką zupę można jeść nawet na śniadanie, można zabrać ją w pojemniczku do pracy i zajadać, kiedy zgłodniejemy. Można też ją jeść na kolację.

zupa

Często ludzie zadają mi pytanie, które sama sobie też zadaję, a brzmi ono : „dlaczego piszę tego bloga ?”. Jedyna sensowna odpowiedź jest taka, że robię to , bo jest taka możliwość. Skoro więc mogę, to robię to . To tak , jak z odpowiedzią „bo może”,  na pytanie dlaczego pies liże sobie pewną część ciała. Pisać, tak jak i śpiewać,  każdy może. Z drugiej jednak strony, czy powinien? Może i nie, ale kto bogatemu zabroni🙂.

Poprzedni weekend spędziłam z rodziną, albowiem nawiedził mnie syn z wnuczką. Chciał bowiem żonie dać odpocząć. W niedzielę byliśmy w Tyńcu, spacerowaliśmy bulwarami wiślanymi, piliśmy kawę, a pogoda piękna była, więc pełnia szczęścia. Madzia ma niestety fazę unikania pozowania do zdjęć .

IMG_0412Wisla- Tyniec

Jutro jadę na czterodniową konferencję do Ustronia . To jest cykliczna konferencja polsko-czesko-słowacka. W ubiegłym roku odbywała się w Lednicach (Czechy),  za rok będzie na Słowacji, i tak dalej.

P.S. Waga spada, ale bardzo wolno, tak około 0,5 kg/tydzień.

marzenie dziewczyny-jeść

 

Można żyć bez chleba, ale nie samą dietą człowiek żyje

Oprócz odchudzania się, długich kąpieli i sentymentalnych wspomnień, robię też wiele innych rzeczy, miedzy innymi czytam i chodzę do kina. O czytaniu będzie następnym razem, teraz kino.

Moim ulubionym aktorem, po obejrzeniu pierwszej ośmioodcinkowej serii ( czy , jak to teraz mówią –  pierwszego sezonu)  „Detektywa” oraz  filmu „Witaj w klubie” , stał się Matthew McConaughey. Oskar dla Matthew jak najbardziej zasłużony. Byłam też na „Wilku z Wall Street”, ale nie jestem fanką tego typu filmów , ani fanką Leonarda DiCaprio, choć obiektywnie rzecz biorąc DiCaprio dał tam popis gry aktorskiej, a i sam film jest dobry,  bo trudno spodziewać się złego filmu po Martinie Scorsese.

Obejrzałam jeszcze „Lato w hrabstwie Osage”, film potwierdzający tezę, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach, że każda rodzina ma jakieś tajemnice i jest tykającą puszką Pandory, oraz, że najbardziej okrutni potrafią być dla nas bliscy, bo znają nas najlepiej i wiedzą, gdzie uderzyć, żeby zabolało.

Wracając do spraw przyziemnych, czyli odżywiania, to gorąco polecam „zielone koktajle”.

Oto mój dzisiejszy koktajl  (  z 1 szklanki świeżych liści szpinaku, 2 łodyg selera naciowego, 1 banana, 1 kiwi , soku z 1/2 cytryny, 1/2 pęczka natki pietruszki i 1 szklanki wody mineralnej niegazowanej):

zielony koktajl2zieliny koktajl-szklanka

Na obiad zjadłam dorsza z surówką :

mój obiad A

Polecam też pastę z awokado ( jadłam na śniadanie) :

avocado

Pastę z awokado robię tak: wybieram miąższ z 1 dojrzałego awokado, rozgniatam widelcem, dodaje pokrojoną drobniutko cebulę dymkę ze szczypiorem, 2 rozgniecione ząbki czosnku, sok z 1/2 cytryny, sól i pieprz do smaku, wszystko dokładnie mieszam. Kiedyś smarowałam taką pastą chleb, ale teraz, ponieważ chleba nie jem ( a zapewniam, że da się żyć chleba nie jedząc), zjadam samą pastę.

Skoro o życiu mowa, to zakończę filozoficznie, ulubionym Raczkowskim:

Obrazek

Nie zawsze byłam grzeczną dziewczynką, czyli ciąg dalszy sentymentalnych wspomnień

Jak  już wspominałam, pod koniec podstawówki zakochał się we mnie Z. Tym razem to ja byłam obiektem romantycznych  westchnień.  Z. wpatrywał się we mnie maślanym wzrokiem oraz pisał do mnie miłosne liściki na lekcjach. Mieliśmy taki sposób, że  wkładaliśmy ( bo coś mu tam odpisywałam ) malutkie zwinięte karteczki do rozkręconego długopisu. Potem się taki długopis skręcało i można było podać go bezkarnie koleżance ( lub koledze), a liścik „saute” mógł trafić do niepowołanych rąk. Z. przychodził też do mnie do domu ( pod nieobecność rodziców) , graliśmy w karty i ( o zgrozo!) paliliśmy papierosy.

Dowody uwielbienia ze strony Z. były miłe, ale trochę męczące,  bo  jakoś nie mogłam się w nim zakochać.  Nasuwa się odwieczne pytanie, czy lepiej jest kochać, czy lepiej jest być kochaną. Oczywiście najlepiej zakochać się z wzajemnością, tak jak lepiej być pięknym , zdrowym i bogatym. Pamiętam taki wpis z pamiętnika  ( czyli czegoś obowiązkowego przez lata,  swoją drogą, ciekawe, czy pamiętniki obecnie funkcjonują) :

„Lepiej jest umrzeć w kwiecie młodości i spocząć w ciemnej mogile,

Niż się zakochać bez wzajemności, lub być kochaną przez chwilę”

Z.   namówił  mnie ( i jeszcze kilka osób) do czegoś, co okazało się być największym moim wybrykiem z czasów podstawówki. Było to w ósmej klasie, na początku maja. Oceny były już wystawione,  bo czekały nas egzaminy do szkół średnich.  Otóż nasza silna grupa ( pod wezwaniem Z.) postanowiła  pójść sobie na  „dziki” tygodniowy rajd po ( skądinąd) pięknych Górach Świętokrzyskich.

Rodzicom powiedzieliśmy , że idziemy całą klasą, z nauczycielami. Wobec tego rodzice kupili mi prowiant,  pomogli skompletować ekwipunek i dali parę groszy.

Wyruszyliśmy  bodajże w 5 par. Nie byliśmy na tym rajdzie zbyt grzeczni ( wino, papierosy, koedukacyjne spanie po stodołach). My ( ja i Z.) nie poszliśmy na całość, ale inni chyba tak. Gdy było pod górę ( a w górach się to często zdarza),  mój wielbiciel niósł 2 plecaki,  swój i mój. Na postojach graliśmy w grę zwaną „Flirt towarzyski”.  Było fajnie, zwłaszcza, że pogoda nam dopisywała, ale niestety nieubłaganie zbliżał się termin powrotu i zaczął nas ogarniać strach, co to będzie ( w domu i w szkole), jak wrócimy.

Do domu dotarłam 8-go maja po południu, w dniu imienin mojego ojca. Akurat byli goście, więc udało mi się wejść  cichutko i niezauważenie do sypialni znajdującej się na piętrze i padłam na łóżko. Obudziłam się następnego dnia również po południu, po blisko dobie nieprzerwanego snu.

W tym czasie rodzicom już trochę złość przeszła , a byli źli, albowiem przez przypadek dowiedzieli się, że na rajd udaliśmy się sami, a w szkole nikt nic o takiej imprezie nie wie. Nie było wtedy telefonów komórkowych ( normalnych zresztą też  nie za wiele ), więc zdenerwowani czekali na nasz powrót. Jakaś awantura była, ale szczegółów nie pamiętam. W szkole też jakoś nam się upiekło.

Dodam jeszcze, że w tym rajdowym towarzystwie tylko ja byłam grzeczną panienka z samymi piątkami, reszta to był niezły „element” . Nie bardzo tam pasowałam, ale Z. stał za mną murem i to wystarczyło, żeby to towarzystwo mnie zaakceptowało.

A tak wtedy wyglądałam:

????????????????????

Bo to się zwykle tak zaczyna…

… jest wieczór, tak koło 20-tej, kładę się na kanapie, przykrywam kocykiem i oglądam „Kropkę nad i”.  W pewnym momencie myślę sobie, że zamknę na chwilę oczy, bo przecież gadają tylko, a słuchać mogę z zamkniętymi. Gdy je otwieram coś tam jeszcze leci w tv, bo to wszak tvn24 i całą dobę nadaje, ale jest 2-3 w nocy. I co tu robić o tej porze? Rozebrać się i położyć na chwilę (zwykle wstaję koło piątej) ? Bez sensu. I tak bym nie zasnęła, bo już w miarę wyspana jestem. Cóż więc robię? Idę poleżeć w wannie. Zabieram do łazienki prasę z tygodnia, kawę, herbatę, coś dobrego do jedzenia i oddaję się ulubionemu relaksowi w wodzie z dodatkiem jakiejś fajnej soli ( teraz jest to Salco au Naturel – Żurawina, polecam też peeling z tej serii):

Sól Salcopeeling Salco

Dziś rano w tej wannie , może z powodu zbliżającej się wiosny, a może z powodu odchodzącej w siną dal młodości,  naszły mnie sentymentalne wspomnienia. Wspominałam mianowicie czas, gdy po raz pierwszy byłam zakochana,  było to w podstawówce, tak piata, szósta klasa. Miłość moja niewinna była i nieodwzajemniona, albowiem obiekt moich westchnień nic nie wiedział ( i nigdy się nie dowiedział)  o uczuciu, którym do niego pałałam . A zakochana byłam bardzo, do tego stopnia, że codziennie (pomimo, że widywałam go w szkole ) udawałam się w okolicę, w której mieszkał ( było to dość daleko od mojego domu)  i przechadzałam się tam z nadzieją, że go spotkam i coś się wydarzy. I pewnego razu  wydarzyło się.

Było to tak: idę sobie, udając obojętność, a tu kątem oka dostrzegam mojego ukochanego grającego z kolegami w piłkę, on mnie też widzi i zostawiając kolegów idzie w moim kierunku. Szczęście zalało mnie wielką falą i o mało nie zemdlałam z wrażenia. To jedno z moich najintensywniejszych w życiu przeżyć w kontaktach z płcią przeciwną. Podszedł do mnie i zaczęliśmy rozmawiać, ale nie o uczuciach, to było wykluczone, bo byłam wtedy i jestem właściwie nadal nieśmiałą osobą ( w co trudno uwierzyć, ale z tego się nie wyrasta, można się tylko nauczyć udawać pewność siebie, co mi nawet wychodzi ) . Gadaliśmy o szkole, ja udawałam obojętność, K. odprowadził mnie do domu i koniec. Nic się więcej nie wydarzyło. Potem były wakacje, K. gdzieś wyjechał , a po wakacjach zmieniłam szkołę (w sumie do trzech podstawówek chodziłam) i jakoś tak się odkochałam.

W nowej szkole zakochał się we mnie niejaki Z.,  drugoroczny, palący papierosy, romantyczny chuligan. Zawsze mnie tacy pociągali, pewnie na zasadzie przeciwieństw, bo byłam pilną uczennicą i grzeczną panienką, choć nie zawsze, na co duży wpływ miała właśnie znajomość z Z., czarującym łobuziakiem. Ale o tym napiszę następnym razem.

bez odwrotu

moje życie

Czarny.Pieprz

moje życie

ŻYWOTNIK

moje życie

Dwie Chochelki

moje życie

scenki

moje życie

moje życie

Loose blues

moje życie

Dawny Kraków

moje życie

W Stronę Precla

moje życie

%d bloggers like this: